poniedziałek, 29 maja 2017

[Recenzja anime] - ''Jormungand''

TYTUŁ: Jormungand
ROK: 2012
STUDIO: White Fox
LICZBA ODCINKÓW: 24
GATUNEK: Akcja, Przygoda, Militaria, Seinen

OPIS SERII:

Choć jestem w stanie pożreć pięć lądów i pochłonąć trzy oceany, jestem bezsilny przeciwko niebiosom, gdyż nie mam ni skrzydeł, ni nóg, ni rąk. Otaczam cały świat. Me imię to Jormungand.
Wszelkiego rodzaju konflikty, doprowadzają do wojen. Wojny niosą ze sobą zniszczenie, cierpienie, śmierć oraz zysk, a kto jak kto najwięcej zawsze zyskuje handlarz bronią. Im więcej sprzeda, tym więcej zarobi, im więcej zarobi, tym więcej zakupi i znowu sprzeda - zamknięty krąg wypełniony zapachem ołowiu, forsy i krwi. Nic innego się nie liczy dla psów wojny,ale... czy aby na pewno? Jonathan został sierotą i od tamtego momentu znienawidził wszystkich ludzi związanych z bronią: żołnierzy, handlarzy bronią, dystrybutorów, producentów, wszystkich, którzy tworzą wojny. Jak na złość losu, przez otaczające go warunki stał się dzieckiem wojny - młodocianym żołnierzem, który potrafi zabić bez mrugnięcia okiem i posłusznie wykonuje rozkazy, lecz to nie zmienia jego zdania, że w przyszłości zemści się na wszystkich znienawidzonych. Kiedy przez kpinę losu ląduję jako jeden z ochroniarzy młodej handlarki bronią, Koko Hekmatyar, jego życie zaczyna nabierać nowego sensu, ale czy zmieni to jakoś jego pierwotny cel? Czy życie z dziwaczną Koko zmusi go do porzucenia zemsty?

FABUŁA:

Tak jak w przypadku Gate czy Bakumana, tak przy Jormungandzie nie mogłam oceniać osobno sezonów, tylko o wiele prościej i logiczniej było zebrać je w całość (po co się rozdrabniać?) i zrecenzować jako jedno dzieło. Dlatego, żeby nie było, niniejsza recenzja zawiera jednocześnie ocenę Jormungand oraz Jormungand: Perfect Order. Oba sezony są dwunastoodcinkowe oraz wyglądają jakby do końca trzymały się mocno mangi, co odbieram jako plus, ponieważ innego zakończenia w tej serii nie widzę (twórcy anime najprawdopodobniej byli tego samego zdania).
Przez pierwsze dwanaście odcinków można uznać historię za luźną. Skupiamy się przede wszystkim na poznaniu bohaterów - całej zabójczej świty Koko - oraz przypatrywaniu się jak wygląda praca handlarza bronią, czyli genialność i szaleństwo Koko w akcji. Już z samego początku da się poczuć klimat a la Black Lagoon, czyli broń idzie w ruch, krew leje się z jednej i drugiej strony, mordowanie bez wahania i czyste strategiczne działania, które nadają serii pokrętną dojrzałość. Niby mówię, że jest luźno, ale tak naprawdę wsiadamy na rollercostera bezustannej jatki, bijatyk i dynamicznej akcji. Koko jako handlarka bronią musi zmierzyć się niejednokrotnie z czającymi się na nią niebezpieczeństwami, przykładowo zostają na nią napuszczeni najemnicy albo rodzą się spięcia i konflikty z innymi handlarzami, którzy chcą się jej pozbyć albo utrudnić jej żywot. Życie handlarza bronią nie jest usłane różami i to nam przede wszystkim pokazuje ta historia, która zahacza momentami dość głęboko o realizm. A gdzie ty tu widziałaś realizm? Przecież to nie jest naturalne, że podczas strzelanin drużyna Koko prawie zawsze wychodzi bez uszczerbku na zdrowiu. Ano widziałam głównie w interesach, w których brała udział, chociażby przedstawienie klientów i wytłumaczenia, dlaczego chcą zakupić broń, przykładowo wojna z Rosjanami o gaz (bardzo wiarygodny konflikt). Nie obyło się także bez szczegółowych prezentacji sprzedawanego towaru lub ekscytacji Koko, kiedy dostrzegała jakąś cudowną broń i musiała się podzielić informacjami o niej. Odebrałam bardzo pozytywnie przywiązanie autora do szczegółów oraz do realistyczno-dojrzałej strony tej serii. Każdy interes - te, które nie wychodziły i te, które kończyły się sukcesem - były interesującym, wręcz ekscytującym widowiskiem, a obserwowanie jak sobie radzą ochroniarze handlarki zmuszało mnie do nieodrywania spojrzenia od ekranu. Oczywiście, żeby nie było zbyt powierzchownie, prócz zadań związanych z problematycznym zawodem bohaterki otrzymujemy także historie poboczne, w których jej świta odgrywa główną rolę. Każdy z nich dostaje swoje pięć minut, gdzie mogą pochwalić się, bądź zaprezentować swoje specjalizacje, umiejętności oraz przeszłość, która w niektórych przypadkach odbija się i powraca, by utrudnić działania Koko. Przybliżenie losów danej postaci zawsze łączy się z teraźniejszym problemem, dlatego nie wydaje się to, aż tak naciągane, że ktoś nagle opowiada o własnych losach - ich opowiastki się przydają, bo wzbogacają fabułę i podają kolejne ciekawe informacje.
Druga część, czyli ostatnie dwanaście odcinków nadaje cięższego i poważniejszego klimatu, owszem strzelanki, handel i rozlew krwi nie ustają, ale zostaje wprowadzony nowy wątek, który nakreśla nam główny cel tej serii oraz każe zadawać sobie pytanie: Co tak naprawdę planuje Koko? A uwierzcie mi jej plan zmieni losy całego świata. To właśnie w Jormungand: Perfect Order drużyna przeżywa największe kłopoty i kryzysy: walki nie są już tak proste, przeciwnikami są prawdziwi zawodowcy, bądź wysoko postawione szychy, do tego Koko nikomu nie zdradzając szczegółów realizuje swój tajemniczy projekt, przez co niektórzy zaczynają w nią wątpić. Szczerze powiedziawszy nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać, kiedy po raz pierwszy oglądałam anime. Podejrzewałam, że będzie to coś szalonego, ale nigdy nie pomyślałabym, że aż tak. Dopiero po powtórnym obejrzeniu starałam się wyłapać szczegóły, które mogłyby mnie naprowadzić na przyczyny powstania jej planu oraz wyjaśnić sprawy, które wcześniej mi umknęły - stwierdzam, że wyjaśniło się więcej niż oczekiwałam. Jak odbieram jej szatański pomysł? Bardzo pozytywnie, tak mi się spodobał, że żałuję, że autor nie stworzył sequela, bo jestem zaintrygowana jak ludzie, poradziliby sobie z bronią ostateczną Koko. Ogólnie rzecz biorąc uważam Jormungand za wspaniałe dzieło, któremu nie brakuje ukrytych mądrości na temat naszego świata. Historia niesie ze sobą kilka głębszych przekazów i morałów, które każdy może wynieść - kolejny ogromny plus. Nie jest to sztampowe anime, ani tym bardziej przewidywalne: raz coś wychodzi, innym razem wszystko się psuje. Jedynym zażaleniem, które ktoś może mieć to: dlaczego grupa Koko jest nieśmiertelna i kuloodporna? Nie zgodzę się z tym, chociaż czasami były sytuacje, w których dany bohater powinien zginać albo zostać tak rozstrzelany, że zostałoby z niego sito - ale to są wyjątki. Często bywa tak, że postaci zostają ranne, a nawet lądują w szpitalu, dlatego nie można mówić o ich nieśmiertelności. Pamiętajmy, że wszyscy są doświadczonymi żołnierzami, często sił specjalnych, przez co uzasadnione jest, że są lepsi od typowych zabójców czy typowych kukiełkowych żołnierzyków.


BOHATEROWIE:

Zaczynając od mojej ulubienicy - Koko Hekmatyar, kobieta zagadka, szalona handlarka bronią, zawsze uśmiechająca się bez względu na otaczające ją zniszczenie. Koko nie da się nie lubić, ją się albo kocha albo szanuje. W moim przypadku oba na raz. Jest doskonałym strategiem, pomimo młodego wieku potrafi dobić bardzo sprzyjający interes, jej wiedza na temat polityki i ekonomii jest ponadprzeciętna, często zachowuje się jak wariatka, gdy przykładowo roluje się na stole i jęczy, że coś jest nie tak lub w momentach, gdy jest bliska śmierci, bo wtedy uśmiecha się, jakby to ona miała mimo wszystko wygrać. Przez całe anime nie wyjawia zbyt wiele o sobie, trzyma tajemnice głęboko i nikomu ich nie zdradza, nawet Jonie, do którego się zbliżyła. Ogólnie żałuję, że tak mało odsłonięto na temat relacji Koko z ojcem, bo w końcu nie wiadomo, dlaczego tak dokładnie go nienawidzi; szkoda też, że nie pokazali więcej z jej przeszłości, przykładowo kto ją nauczył bycia handlarką bronią, jak zaczynała, jak wyglądało jej dzieciństwo, co się stało z matką oraz jak prezentowały się relacje ze starszym bratem. Koko do końca zostaje tajemnicą i nikt tak naprawdę nie wie, co w sobie kryje. Niby ona i Jonah są do siebie podobni (nawet sama to przyznaje), ale tak naprawdę łączy ich tylko jedna rzecz, a dzieli o wiele więcej. W jaki sposób ukształtowano Koko? Tego się nigdy nie dowiemy (no chyba, że manga odkrywa więcej sekretów). Jonathan (Jonah) miał trochę spaczoną wizję zemsty, bo z jednej strony nienawidził wszystkich związanych z bronią i tworzeniem wojny, a z drugiej pracował dla handlarki bronią i pomagał jej w rozsyłce broni do stref wojennych. Coś tu chyba w jego planowaniu nie pykło. Nie zmienia to faktu, że uważam go za ciekawą postać, miło się patrzy jak z wypranego z emocji pseudo dorosłego, staje się na powrót cieszącym się z drobnych rzeczy dzieckiem. Nie tylko on przechodzi zmiany, ale na nim to najbardziej widać.
Tak jak wspominałam, każdy z drużyny Koko ma swoje pięć minut, choć niektórzy mają więcej, przykładowo Valmet, która przez dwa odcinki dąży ścieżką zemsty. Polubiłam każdego z tej dziwacznej świty i za plus uważam, że autor nie ograniczył się tylko do wspaniałości Japończyków, ale przedstawił bohaterów z różnych zakątków świata. W drużynie mamy amerykana, afrykańczyka, anglika, a sama Koko nie należy do żadnego państwa, ponieważ urodziła się na oceanie (co uważam za cudowny zabieg). Do tego każdy był w innych jednostkach i specjalizuje się w czymś innym, Valmet - mistrzyni noży, Wilee - spec od wybuchów, staruszek Lehm - cud snajper... Każdy jest różnorodny, nie ma powielonych schematów, nawet w przypadku postaci nie strzegących Koko. Miło było zobaczyć, że autor nie zbagatelizował w większości postaci, które były przeciwnikami handlarki i im też poświęcił trochę czasu, by wyjaśnić ich przeszłość, czy relacje. Do moich ulubieńców Jormunganda zaliczam głównie: Koko, Lehma, Chiquitę oraz Kaspra Hekmatyar (mojego husbanda numer nieokreślony). Przyznaję, że lubię wszystkich, ale tę czwórkę darzę największą sympatią, szczególnie rodzeństwo Hekmatyar, które jest boskie w tym co robi.

GRAFIKA:

Nie będę się czepiać zbyt wiele, ani też zachwalać. Powiem po prostu, co zwróciło moją uwagę i wyszło na plus oraz minus. Przede wszystkim uwielbiam sposób pokazywania tęczówek bohaterów, którzy zabijają albo mieli do czynienia ze śmiercią w pośredni sposób - ich oczy są wręcz wyprane z emocji i nawet kiedy się uśmiechają, nie widać tego po tęczówkach. Żadnych błysków, wydają się wyblakłe. Do tego dochodzi szczegółowość w ukazywaniu broni - prezentują się realistycznie i zgrabnie, nie wyglądają jak zabawki jak to bywa czasem w niektórych seriach. Walki mają swoje dobre i złe strony, raz bywają pokazywane jak w zwolnionym tempie, innym razem trochę sztucznie, ale bywają też chwile, gdzie prezentują się estetycznie i ładnie. To, czego nienawidzę najbardziej to CGI samolotów i samochodów - beznadzieja... Kreska jest ładna, ale nie zjawiskowo piękna, bywają potknięcia ze strony rysowników, czyli postaci wychodzą czasem pokracznie (typowe ułomności studiów produkujących anime). Jak dla mnie ogółem grafika wydała się satysfakcjonująca.

MUZYKA:

Czyli to, co najpiękniejsze: jestem zachwycona OSTami Jormunganda! Odsłuchuję z podziwem i porywem serca, muzykę przepełnioną dzikością, afrykańskimi rytmami, lekkim technem oraz wielokrotnymi zapętleniami słownymi, które wprowadzają dynamiczny, mroczny klimat. Kawałki idealnie wpasowują się w atmosferę panującą w serii i nie raz sprawiły, że miałam ciarki na skórze. Skupiają się głównie na wojennych rytmach, dynamizujących walki i sprawiających, że widz coraz bardziej wczuwa się w każdy zadany cios. Do moich ulubionych trafiły: Jormungand, który słychać często w kluczowych momentach, gdzie nie potrzeba słów od bohaterów; Time to Attack z wpadającym w ucho ,,time to rock and roll, time to lose control (...), her name is Koko, she is Loco, I say: Oh, no!" kocham ten utwór; Cul-De-Sac bardzo klimatyczny; Cogito, ergo sum ze swoim smutnym skrzypkowym rzępoleniem; Masala Dosa, który mnie bawił, bo brzmiał jak z boolywood; ciekawy też okazał się pseudo włoski utwór Meu Mundo Amor oraz francuski Lambition Melodique.
Co do openingów oba były niezłe, dobrze się je odsłuchiwało od czasu do czasu, ale nie czuję potrzeby, żeby słuchać je na okrągło. Podobnie jest z endingami, tylko że przy nich wystarczyło mi raz czy dwa je odsłuchać, bo więcej nie byłam w stanie. Dobrą robotę wykonała Nagi Yanagi, ponieważ stworzyła miłe dla uszu utwory - piosenkarka znana jest między innymi z op Amnesii czy op YahariOre. Jej endingi mają swój klimat, ale tak jak lubię powtarzać: mnie porywają dynamiczniejsze utwory.

OP1 - "Borderland" by Mami Kawada
OP2 - "UNDER/SHAFT" by Maon Kurosaki
ED1 - "Ambivalentidea" by Nagi Yanagi
ED2 - "Shiroku Yawaraka na Hana" by Nagi Yanagi
ED3 - "Laterality" by Nagi Yanagi 
ED4 - "Shinjitsu no Hane" by Nagi Yanagi
ED5 - "Niji Koukai" by Caoli Cano


PODSUMOWANIE:

Jormungand oglądałam już dwa razy i wciąż jestem zachwycona pomysłem fabularnym, samo wykonanie jest mistrzowsko intrygujące, a zakończenie pozostawia niedosyt. Bohaterowie zdobyli moją sympatię i długo o nich nie zapomnę, gdyby jakieś polskie wydawnictwo pokusiło się na wydanie mangi z chęcią bym zakupiła, bo seria jest warta piniążków i czasu. Póki co, polecam zapoznanie się z anime - można się dużo dowiedzieć.

OCENA:

Fabuła: 9
Bohaterowie: 9
Grafika: 7
Muzyka: 10
Ocena ogólna: 9

2 komentarze:

  1. Bardzo chętnie zapoznam się z tą serią, brzmi naprawdę interesująco. ^^

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała prudence. Credits: x | x | x