czwartek, 7 lipca 2016

[Recenzja anime] - ''Gate: Jieitai Kanochi nite, Kaku Tatakaeri''

TYTUŁ: Gate: Jieitai Kanochi nite, Kaku Tatakaeri
TYTUŁ ALTERNATYWNY: Gate: Thus the JSDF Fought There!
ROK: 2015 (sezon 1)/ 2016 (sezon 2)
STUDIO: A-1 Pictures
LICZBA ODCINKÓW: 24
GATUNEK: Akcja, Przygoda, Fantasy, Militaria

OPIS SERII:

Pewnego pięknego dnia, niepozornie wyglądający otaku, Youji Itami, wybrał się w Tokio na zlot fanów doujinów (doujin to fanfik), gdzie z ekscytacją mógł spełniać swoje życiowe motto: Pracuję tylko po to, żeby inwestować w swoje hobby/Najpierw hobby, później praca. I wszystko poszłoby po jego myśli, gdyby nie nagłe pojawienie się zagadkowej bramy z której wyszli dziwnie ubrani mężczyźni jak ze średniowiecza, atakujący wszystkich cywili dokoła. A żeby jeszcze było dziwniej, niektórzy z tych pseudośredniowiecznych mężczyzn dosiadało smoki. I co nasz biedny bohater mógł zrobić? Co wybrać? Iść i kupić doujiny czy pomóc w ratowaniu ludzi? Oczywiście z chęcią wybrałby to pierwsze, ale los chciał, że jednak rzucił się na ratunek przypadkowych przechodniów, których smoki chciały zeżreć. Po jakimś czasie przybyło wojsko. Sytuacja została opanowania. Smoki zabito. Dziwnych mężczyzn wyłapano. Ludzi uratowano. A Itami dostał medal za odwagę. I co dalej? Dalej pozostaje zagadkowa brama prowadząca do innego świata. A Itami jako że jego pracą jest bycie żołnierzem wysokiej rangi, dostał rozkaz wybadania sytuacji po drugiej stronie wraz z innymi wojskowymi. Co go czeka w tym innym świecie? Jakie istoty spotka na swojej drodze? I czy uda mu się powstrzymać zbliżającą się wojnę między światową? Wystarczy przekroczyć Bramę i się przekonać...



FABUŁA:

Jeśli dobrze słyszałam to pierwotnie anime Gate miało mieć jeden sezon z dwudziestoma czterema odcinkami, tylko z jakiegoś niewyjaśnionego powodu studio postanowiło w ostatniej chwili podzielić na dwa sezony po dwanaście epizodów, przy czym na kontynuację trzeba było czekać aż trzy miesiące. Czy to nie było bezsensowne posunięcie? Owszem, było, ale pewnie chodziło o większy zysk. Szczęśliwie byłam jedną z tych osób, które postanowiły zabrać się za tę serię dopiero wtedy, gdy drugi sezon był w trakcie bieżącej emisji, dzięki czemu nie cierpiałam tych trzech miesięcy oczekiwania i zadawania pytania: Co będzie dalej? A uwierzcie, chociaż Gate nie jest jakimś arcydziełem czy fenomenalnym odkryciem to ogląda się to z prawdziwą fascynacją i koniecznością sprawdzenia jak to się dalej rozwinie.
Sam pomysł, jakim jest połączenie militariów z fantasy wydał mi się początkowo nie na miejscu, ale jak się później okazało był to strzał w dziesiątkę, a nawet w setkę. Wojskowe klimaty, gdzie poznajemy rangi żołnierskie, dyscyplinę, budowanie strategii, rozgrywanie się bitew czy potyczek, stosunek do przełożonych, rodzaje broni i to wszystko inne co jest związane z działaniami militarnymi zostało zaprezentowane w przystępny, zrozumiały i wyczerpujący sposób. Wiele  się dowiedziałam o japońskich siłach specjalnych, a także odkryłam, że mimo nie bycia pasjonatką ten temat bardzo przypadł mi do gustu, szczególnie kiedy ukazywano silne, niezależne kobiety, które biły się lepiej od facetów. Nie powiem, ale jest to ogromnym plusem, że płeć piękniejsza odgrywa tutaj znaczącą rolę wojowniczą, innymi słowy autor nie przedstawił pustych laluń, niewiast które trzeba bronić i księżniczek niezdolnych do obrony, lecz silne heroiny które szerzą destrukcję, zabijają bez mrugnięcia okiem, bronią swoich ideałów i są dobrymi intrygantkami, przy czym zachowują delikatną kobiecą naturę. Iście wspaniałe posunięcie! Co do samych bitew to pod względem strategicznym zostały ukazane dobrze i ciekawie, zdarzały się niespodziewane zwroty akcji, gdzie plan szlag trafiał i właśnie wtedy bez wytchnienia obserwowałam poczynania bohaterów - jak sobie teraz poradzą? czy zdołają uratować innych? czy zachowają się fair?. Nie było także schematów czy powtórzeń - no, oprócz tego, że w ostatecznym rozrachunku JSDF zawsze zwyciężało, jednakże widz się cieszył, bo satysfakcjonowało nas pokonywanie TYCH złych, Tylko że w pewnym momencie zauważyłam coś naprawdę strasznego... Co mam na myśli? Otóż, spójrzmy najpierw na dwie strony konfliktu. Po jednej stronie nowocześnie wyposażona japońska armia z karabinami, kamizelkami kuloodpornymi, czołgami, śmigłowcami, bombami itd. itp. a po drugiej stronie ludzie jak ze średniowiecza posiadający włócznie, łuki, miecze, tarcze i konie jako środek transportu (no, jeszcze smoki...). I weźmy te dwie strony na jedno pole bitwy. Oczywiście wygrywają zawsze Japończycy. ZAWSZE. Armia z mieczami i łukami licząca 20 tysięcy ginie w pięć minut. DWADZIEŚCIA TYSIĘCY LUDZI ginie w pięć minut. Ludzie, którzy mają rodziny i nie mieli żadnych szans by się obronić czy nawet zbliżyć ze swoimi wykałaczkami do wroga, ginie jak kilka kłopotliwych muszek po uderzeniu w nie gazetą. A Japończycy wiwatują. Cieszą się, że wygrali bitwę. Cieszą się, że wróg przegrał. Że zwycięstwo zostało osiągnięte w tak prosty sposób. Ale... Czy to naprawdę była bitwa? Nie. NIE! To była rzeź. I ta rzeź powtarzała się kilka razy, gdzie żaden z Japończyków nie pomyślał, że to jest gorzkie zwycięstwo. Ta świadomość tak mnie przytłoczyła, że po prostu nie mogłam patrzeć jak JSDF morduje prawie że bezbronnych ludzi. Owszem, tamci zachowywali się źle i stali po złej stronie, ale to nie zmienia faktu, że podczas bitwy powinno się mieć równe szanse, a nie miażdżyć słabszych bez mrugnięcia okiem. Tyle z mojego bulwersu.
Przechodząc teraz do wątku, który z zasady nigdy mi się nie podoba, ale w Gate wyjątkowo zwrócił moją uwagę to... oczywiście sprawy polityczne. Tak, jako antypolityczna osoba stwierdzam, że w niniejszej serii polityka i jej zmagania spodobały mi się nawet bardzo, a dodanie do niej przeróżnych intryg i manipulacji spotęgowało zachwyt.
Jeśli chodzi o wątek fantasy to przełknęłam go bez trudu. Elfy, loli boginki, smoki, zwierzoludzie, czarodzieje - spoko, nie mam żadnych przeciwwskazań tym bardziej, że przywiązano do każdego z nich szczególną uwagę i zostają wytłumaczone ich natury. Jedyne czego mi zabrakło to ogólne wyjaśnienie skąd się oni wszyscy wzięli (mutacje? ewolucje?). Aczkolwiek tak jak mówię: połączenie militarii z fantasy okazało się rewelacyjne.
Ogólnie fabuła została tak skonstruowana, żeby w dużej mierze skupiać się na perypetiach Itamiego. Jego wybory, zmagania z nowym światem, poznawanie ludzi i tych tajemniczych istot, tworzenie własnego haremu (tak naprawdę nie ma haremu, po prostu otaczają go same kobiety bez podtekstów... no, może z wyjątkami...) i walka w dobrej sprawie. Tam gdzie coś ważnego się dzieje, tam wyrusza nasz bohater ze swoją załogą, przez co często mamy przemieszanie dramatów z humorem. Poza tym druga połowa fabuły skupia się na innych bohaterach i ich zmaganiach, czy to z królem, jego synem, spiskami, rządem japońskim, czy niespodziewanymi atakami na bazę przy Bramie... Dlatego można rzec: historia jest rozwinięta pod różnymi względami.

BOHATEROWIE:

Kolejnym plusem jest ogromna ilość postaci z których każda może odgrywać jakąś znaczącą rolę, czy wpłynąć bezpośrednio na przebieg wydarzeń. Nie ważne czy jest drugoplanowa czy pojawia się jedynie w dwóch odcinkach - może tak namieszać, że inni będą mieli kłopoty teraz lub w niedalekiej przyszłości. I ten zabieg jest cudowny, bo zaczynamy zwracać uwagę na każdego, dzięki czemu nie pozostają nam obojętni. Do tego każdy jest inny - różne charaktery, historie, umiejętności - i z jednej strony ta mnogość bohaterów zachwyca i można sobie wyrobić o każdym zdanie, ale z drugiej strony sprawia to, że nie dostajemy maximum informacji, a jedynie szczątki, które sprawiają kłopot przy pełnym zapoznawaniu, na przykład nie wiemy zbyt wiele o przeszłości Rory albo o rodzicach Lelei albo szczegółów związanych z klanem elfów Tuki czy Yao. Tyle pytań, a odpowiedzi: zero.
Itami jako potencjalnie główny bohater sprawował się doskonale. Niby otaku, niby stawiający hobby na pierwszym miejscu, ale jednak kiedy przychodziło co do czego, to stawał po stronie sprawiedliwości i walczył w obronie słabszych. Zawsze szukał najlepszego wyjścia i patrzył wszerz, dostrzegając krzywdę swoich ludzi i tych z innego świata. Jego sposób załatwiania problemów nie pozostawiał wiele do namysłu - jego plany były dopracowane (chociaż czasem nie wychodziły) i potrafił wyjść z każdej niemożliwej sytuacji. Ponadto pod wyglądem fajtłapy skrywał wiele niebezpiecznych umiejętności. Bardzo go polubiłam, tak samo jak Rory. Loli shinigami, szerząca postrach i respekt, zabójcza, nieśmiertelna, zabijająca bez mrugnięcia okiem i mająca z tego ubaw. Jak nic moja ulubienica!
Co do Tuki to była mdła. Owszem, miała te swoje dramaty związane z ojcem, ale prędzej mnie wkurzały niż wywoływały współczucie. Jakoś specjalnej roli w anime nie odegrała, tylko sprawiała same zmartwienia i kłopoty innym. Nie mogła także zabraknąć chodzącej mimozy, jaką reprezentowała czarodziejka Lelei - wiecznie ten sam wyraz twarzy, nużący głos bez emocji, ale za to spodobało mi się jej łaknienie wiedzy. Kolejnym cierniem okazała się córka króla, która z alkoholem ma związane jedynie imię: Pina Co Lada. Niby buntowniczka, niby łaknąca sprawiedliwości i pokoju w królestwie, niby wyćwiczona wojowniczka, a zarazem tak słaba, irytująca i nic nie mogąca zrobić istota, że najlepiej by było, gdyby odgrywała tu rolę zwykłej pijaczki. Chociaż jedno jej wyszło: założenie zakonu ciekawych wojowniczek, które są kawaii.
Oczywiście mogłabym napisać słowo czy dwa o każdej z pobocznych postaci, ale zajęłoby to strasznie dużo miejsca, dlatego ograniczę się do bardziej kluczowych. Nie chciało mi się za bardzo wierzyć w przemianę króla; jego synalek miał wspaniałego seiyuu, ale z charakteru był zwykłym mięczakiem; Tyuule, ty zołzo, lubię cię, współczuję i nienawidzę zarazem; Sugawara, naprawdę uważam, że masz skłonności do pedofili; no i ty, Yao, mogłaś być kimś bardziej znaczącym w tej serii.
To co przypadło mi do gustu w końcowych odcinkach to przede wszystkim utworzenie się drugoplanowych paringów. Ten z tamą się związał, ta z tamtym, ci spodziewają się dziecka, tamci wezmą ślub - no ja rozumiem takie rozegranie na końcu! Iście bajkowe!

GRAFIKA:

Animacja sama w sobie jest płynna, dynamiczna i nie widziałam żadnych niedociągnięć - jeśli się trafiły to musiały nie być aż tak znaczące. Każdy bohater, który nie gra pięciosekundowej roli jest dopracowany i cieszę się, że scenarzyści postanowili zmienić ich wizerunki, bo w mandze naprawdę, ale to naprawdę mi się nie podobają (to jest po prostu łopatologia!). Mimicznie wszystko gra i buczy, złość, smutek, zakłopotanie, radość - wszystko jest wyraźnie i płynnie zarysowane. Tła, szczególnie kiedy ukazane są miasteczka, stolica albo Tokio, wyglądają porządnie i nigdy niczego mi nie brakowało. Broń i inne wojskowe manatki prezentowały się porządnie. Jedyne co mi się gryzło to stosowanie przy żołnierzach: kopiuj-wklej i zaburzona konstrukcja czerwonego smoka - poruszał się jak w zwolnionym tempie i wyglądem w ogóle nie pasował do otoczenia.

MUZYKA:

Zacznę może od tego, że samo scenariuszowe wykonanie OP i ED było fatalne, wcale nie wciągało i nie zachęcało do oglądania serii. Zaś muzycznie, to tak coś myślałam, że kojarzę wokalistkę z openingów. Skąd? Z openingu do High School of the Dead. Waa! Czy to ten wspaniały opek, który się kocha, nawet jak się nienawidzi anime? Taaaak! I tak jak mi się w HOTD bardzo dobrze słuchało wstępnego utworu, tak w Gate wypadało to po prostu... przeciętnie. Pierwszy przewijałam za każdym razem, ale drugi miał w sobie większego kopa, który dobrze się słuchało, lecz nie aż tak, żeby wybijać palcami rytm na biurku. Słabo się postarali. Oj, słabo. Oby w przyszłości stworzyli coś lepszego. Endingi miały prawdopodobnie osładzać zakończenia odcinków i muszę przyznać, że osładzały. Tak bardzo, że aż mdło. Nie mogłam słuchać ani pierwszego ani drugiego.
Osty (muzyka w tle) nie były wybitne i na pewno nie zostaną zapamiętane. Można je podzielić na dwie grupy: pierwsza to rytmy jak z amerykańskich filmów wojennych, przy czym użycie Walkirii Wagnera z filmu Czas Apokalpisy do podobnej sceny ze śmigłowcami było śmiechowe a zarazem wybitnie genialne. Podziwiam za nawiązanie do takiego klasyka. Zaś druga grupa to rytmy folklorowe, wiejskie, takie swojskie jakby się grało w Wiedźmina. Przykładem jest OST Rory Mercury's Theme - bardzo klimatyczny. I znowu mamy to idealne połączenie militarii z fantasy.

OP1 - "GATE: Sore wa Akatsuki no you ni" by Kishida Kyoudan & The Akeboshi Rockets
OP2 - ''GATE II: Sekai wo Koete" by Kishida Kyoudan & The Akeboshi Rockets
ED1 - "Prism Communicate" by Rory (Risa Taneda), Tuka (Hisako Kanemoto), Lelei (Nao Touyama)
ED2 - "Itsudatte Communication'' by Tuka (Hisako Kanemoto), Lelei (Nao Touyama), Rory (Risa Taneda)


PODSUMOWANIE:

Gate jest bardzo interesującym anime, nie tylko przez to połączenie dwóch sprzecznych sobie gatunków (militaria i fantasy), lecz także przez przyjemne dla widza przedstawianie wydarzeń i perypetii bohaterów. Początkowo nie spodziewałam się, że seria wciągnie mnie do cna, ale każdy odcinek pochłaniał moją uwagę i co najważniejsze: nie męczyłam się, ani nie nudziłam. Choć daję ocenę końcową 6/10 nie znaczy to, że Gate jest słabe. Wręcz przeciwnie ma pełno mocnych stron, które powinny przypaść animaniakom, dlatego ze szczerym sercem polecam. Jest to seria godna uwagi!

OCENA:

Fabuła: 6
Bohaterowie: 6
Grafika: 7
Muzyka: 5
Ocena ogólna: 6
Pina Co Lada i jej uwielbienie dla BL też poleca!

2 komentarze:

  1. Japoński nacjonalizm trzyma się mocno, ponoć w mandze te rzezie były jeszcze gorsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam w planach mangę :3 Gdzieś tam jest, wśród tych 500 do przeczytania...

      Usuń

Szablon wykonała prudence. Credits: x | x | x