niedziela, 28 sierpnia 2016

[Recenzja anime] - ''Bakuman''

TYTUŁ: Bakuman
ROK: sezon 1 (2010-2011)/ sezon 2 (2011-2012)/ sezon 3 (2012-2013)
STUDIO: J.C. Staff
LICZBA ODCINKÓW: 3x25
GATUNEK: Komedia, Romans, Shounen, Dramat

OPIS SERII:

Według znanej bajki: Zaplątani, każdy, nawet najgorszy zbir we wszechświecie, może mieć piękne marzenie i z czasem je spełnić. Jednakże tym razem nie będzie mowy o przestępcach i ich słodkich marzeniach, ale o ciężkiej drodze przeciętnego nastolatka do zostania znanym mangaką.
Moritaka Mashiro od dziecka interesował się rysowaniem mangi, a ten wpływ wywarł na niego przede wszystkim wujek, który wydawał jedną z nich w tygodniku Shounen Jump. Dla Moritaki był on autorytetem, bohaterem, który ciężką pracą mógł zrobić wszystko, lecz jak życie pokazuje, ciężka praca lubi odbierać nawet tak znakomitych bohaterów. Wujek umarł. Z przepracowania, a to się prawie równa z samobójstwem, dlatego zrozpaczony Mashiro porzucił marzenie, by zająć się zwyczajną egzystencją i zwykłymi problemami... Do czasu. Gdy poznaje w gimnazjum Akito Takagiego, a ten mu proponuje stworzenie wspólnie mangi i zostanie sławnymi, wręcz kanonicznymi mangakami, Mashiro nie może się nie zgodzić, tym bardziej, że ze spełnieniem jednego marzenia wiąże się drugie: poślubienie dziewczyny, którą kocha od podstawówki.



FABUŁA:

Jak można zauważyć, postanowiłam ocenić trzy sezony na raz z tego względu, że dla mnie stanowią jedną spójną całość i nie widzę problemu, by twórcy stworzyli siedemdziesięciopięcio odcinkowe anime, zamiast rozbijać je na trzy części, ale ja to rozumiem, a dokładniej przypuszczam, że chodziło o piniążki, tak jak przy Gate, które również niepotrzebnie rozbito na dwa sezony, albo przy wielu, wielu innych seriach, które w taki sposób zostały wydane. Ale dosyć studyjnego narzekania, bo potrzebowałabym osobnego posta. Zatem: trzy sezony, jedna recenzja, lecz spokojnie wszystko z dozą umiaru, czyli spoilerów nie będzie. Mam nadzieję.
Zacznijmy może od pomysłu, który z początku wydał mi się nietęgi z powodu tematyki. Zanim pochłonęłam anime, pytałam siebie: jak bajka o tworzeniu mangi może być ciekawa? Przejechałam się już na Shirobako - serii o tworzeniu anime, które było strasznie nudne, ale z drugiej strony zachwycałam się Chihayafuru - sportówką o kartach. Więc... dlaczego nie? Dlaczego siedemdziesiąt pięć odcinków o spełnianiu marzeń przez trudności związane z wydaniem mangi nie może zachwycić? Jak się okazało: zachwyca. Twórcy Death Note znowu dali czadu z kolejnym  hitem, jakim jest Bakuman.
Jak tylko Mashiro i Takagi zaczęli tworzyć, ten pierwszy rysować, drugi wymyślać historię, to sobie pomyślałam: wow, ale się napalili, prawie tak jakby szykowali się do walki z groźnym przeciwnikiem. I takie wrażenie ma się przez cały czas, jakby nie oglądało się obyczajówki, a battle shounen ze łzami, potem i krwią w tle. Nic dziwnego, skoro sami autorzy wydawali tygodniowo Bakumana w Shounen Jumpie, a jak po anime można się dowiedzieć: tam wydają przede wszystkim mangi interesujące, trzymające poziom, z dynamiczną, zwrotną akcją, niebanalnymi pomysłami i podobające się nastoletnim chłopcom, czyli bitwy czy pojedynki jako takie muszą zaistnieć. A ponadto: nieograniczanie się do konwencji, tylko tworzenie czegoś nowego, oryginalnego jak przykładowo Death Note. Mashiro i Takagi od początku świadomie/nieświadomie podążają w tym właśnie kierunku, wymyślając nietypowe, poważne historie, a czasem starając się pójść w schematy shounenowe takie jak Bleach czy Naruto. Różnie to wychodzi, ale eksperymentują ze wszystkim, tak jak Takeshi Obata i Tsugumi Ohba, którzy samym Bakumanem pokazują, że połączenie i typowego shounena i nietypowego shounena także cieszy i bawi czytelników/widzów. Te podobieństwa w działaniach bohaterów animowanych a doświadczeniu autorów są tak znaczące, że cały czas się je dostrzega, szczególnie, kiedy Mashiro i Takagi w końcu tworzą coś na kształt Death Note i udaje im się wybić. Nawiązań nie brakuje, wystarczy jedynie być spostrzegawczym. Co zabawne i intrygujące: Takagi wspomina raz czy dwa o mandze Death Note (jakoś trzeba się promować XD), zaś w ich pracowni można dostrzec mangi takie jak Hikaru no Go a w wydawnictwie plakaty z Kirą i L-em. Promowania innych wspaniałości ciąg dalszy, bo są także plakaty z Bleacha, Naruto, One Piece, a w wydawanych tygodnikach na okładkach można spotkać Ichigo czy Luffiego, nie mówiąc jeszcze o zachwycie Takagiego nad Dragon Ballem. Oczywiście, inne, dla mnie mniej znane, dzieła też są wymieniane. Dlatego jak można zobaczyć Bakuman jest strzałem w dziesiątkę dla otaku.
Skoro zawiłości techniczne mamy wprowadzone czas przejść do fabuły i tego wszystkiego, co w tym świecie się kręci oraz zacina. Nasi mangacy od początku do końca muszą przejść drogę pełną dziur, wykopów, nasypów i zygzaków, żeby chwycić w swe strudzone dłonie marzenia, lecz... jeśli mam być szczera, to im się akurat poszczęściło, bo jak możemy zauważyć na przykładzie innych postaci - miały dziesięć razy ciężej. Ale cóż, Takagi i Mashiro mają wrodzone talenty, od dawna pielęgnowane ambicje, włożoną ciężką pracę oraz łut szczęścia, dlatego ich wysiłki dają skutki. Z tego względu (szczęście! szczęście! albo los!) dostają bardzo dobrego edytora, który potrafi wyciągnąć z każdego maksimum i dla naszych bohaterów jest to szansa, by zabłysnąć. W pierwszym sezonie bardzo miło się oglądało ich pierwsze zmagania, to jak musieli sobie wzajemnie zaufać, pierwszy raz się pokłócić, wzmocnić swoje więzi, poznać przeszłość, wątpliwości, strach i rywali z którymi będą się pojedynkować oraz zapoznać się z procesami wydawania mangi. Nie powiem, żeby nie było to bardzo pouczające, ponieważ dowiedziałam się mnóstwa rzeczy związanych z pracą edytora, mangaków oraz ogólnych zawiłości ze znaczeniem sondażów, utrzymywania się w pierwszej dziesiątce, czy chwilami, gdy dana manga musi pójść w odstawkę lub z one-shota trzeba stworzyć coś znacznie dłuższego. Wszystko jest wyjaśniane w bardzo prosty i przystępny sposób - nie nudziłam się ani razu. Poza tym jak przystało na anime o mangach, dostajemy w pewnych momentach gotowe prace Ahirogiego Muto (ksywa bohaterów), które ukazują nam daną historię. Osobiście to średnio spodobały mi się one-shoty: Dwie Ziemie oraz Wiedza i Pieniądze. Już bardziej popadłam w zachwyt nad Trapem, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Aczkolwiek to także pokazuje rozwój bohaterów w mangowaniu.
Drugi sezon przyniósł ze sobą wiele kłopotów, nie tylko z edytorem, ale także z Mashiro i tworzonymi mangami, które okazywały się całkowitym niewypałem. Pełno stresu, niemocy i frustracji. Tak, można powiedzieć, że tutaj wszystko, co najgorsze skumulowało się i wystąpiło na raz. Jednak nie było na tyle źle, żeby się z tego nie wygrzebać, bo w końcu Ahirogi Muto poradziło sobie z każdym problemem - nie w taki prosty sposób, jak można pomyśleć, bo naprawdę musieli się umęczyć - by pod koniec zabłysnąć dziełem, które dla mnie wydawało się w porządku. Na tyle w porządku, że zapewne przeczytałabym kilka rozdziałów. Ogólnie drugi sezon troszkę się wlókł i widać, że poziom trochę się obniżył, jakby autorzy przeżywali mały kryzys (tak jak główni bohaterzy, więc może to było specjalnie?!), dlatego uważam, że uplasował się najsłabiej na tle trzech sezonów. Na szczęście ostatnie dwadzieścia pięć epizodów było genialne i szybko zleciało. Każda pojedyncza rzecz, którą z takim trudem musieli pokonać, zaczęła poruszać się w bardzo dobrym kierunku, wątki powoli się kończyły albo zostawały rozwinięte w takim stopniu, że obiecały dalszy ciąg, którego raczej się nie doczekamy. Owszem, pojawiły się też drobne, końcowe problemiki, ale udało się. Udało! Pamiętajmy, że nie mamy do czynienia z mroczną serią, lecz wypełnioną wszelkimi nadziejami shounenową obyczajówką, dlatego tak lekko spoilerując: można liczyć na happy end. To co mnie zachwyciło, to przede wszystkim sama idea i wykonanie Reversi, ale także bardzo ciepłe uczucia przepełniły moje serce, gdy zobaczyłam, że jednak marzenia można spełnić. Po tylu latach, po tylu ciężkich okresach, chwilach słabości i końcowych utrudnieniach - można je spełnić, jeśli tylko ma się motywację. Niestety, były także zgrzyty: jak relacja Miho i Mashiro, którą przerwali w takim bezsensownym momencie - według mnie powinni pokazać trochę więcej, między innymi jak radzą sobie z komunikacją oraz przyszłym życiem.
Jak przystało na niecodzienną serię, wątek romantyczny także różni się od typowego kanonu. Nie mamy żadnych latających piersi, widocznych majtek, czy podtekstów. Romans między Mashiro a Miho jest klasyczny, wręcz tradycyjny i chorobliwie nieśmiały. Sama jego idea przypadła mi do gustu - to że się nie widywali, czy czekali ze ślubem, aż do spełnienia swoich marzeń - fantastycznie. Choć jako romantyczna dusza, muszę niestety przyznać, że czasem było to nie do zniesienia (nawet dla mnie!) i miało się ochotę potrząsnąć tą dwójką i powiedzieć: Ej, ogarnijcie się, wystarczy że porozmawiacie jak człowiek z człowiekiem. Poza tym tak jak wspominałam, strasznie mi się nie spodobało zakończenie, gdzie ich relacje pozostały nadal chorobliwie nieśmiałe - powinni pokazać dwadzieścia lat później co się ze wszystkimi dzieje. Co do miłosnych perypetii Takagiego to stanowiło to całkowite przeciwieństwo związku Mashiro. Był ze swoją ukochaną otwarty, pewny siebie i nie kryjący się z niczym i chociaż na początku nie byłam za tym paringiem, bo wydawał mi się wymuszony, to po pewnym czasie przywykłam i stwierdziłam, że jednak do siebie pasują.
To co jest znakomite i wyszło w stu procentach to humor, który pojawia się znikąd i atakuje widza w każdy możliwy sposób, czy to przez zmianę kreski, czy jakieś dziwaczne odgłosy, czy samą sytuację w której bohaterowie dostają olśnienia albo są zaskoczeni. Śmiałam się równo i porządnie w szczególności przy odcinkach specjalnych o Otterze #11, mandze tworzonej przez moją ulubioną postać: Hiramaru. Dlatego jeśli ktoś nie widział do tej pory speciali - niech nadrobi, bo warto!

BOHATEROWIE:

Ha! To się znowu rozpiszę...
Postaci jest ogrom, pełno różnorodnych charakterów, relacji, wyglądów (nie ma nikogo podobnego, zapewne nawet w tle nie spotkasz nikogo o takim samym wyglądzie), sposobów zachowywania się, stylów życia, mimiki... Po prostu: bardzo ludzcy bohaterowie, których albo się kocha albo da się ścierpieć. Przy każdym sezonie dochodzi zawsze ktoś nowy czy to ze środowiska mangaków czy edytorów, ale sławienna drużyna oporu Fukudy jest zawsze i wszędzie. Dlaczego drużyna oporu? Ponieważ kiedy edytorzy robią coś nie tak w sprawie mangaków zbiera się owa drużyna Fukudy i robią taki chaos, że wszyscy idą na kompromisy. Właśnie ta cudowna siódemka wywoływała we mnie pozytywne uczucia i uśmiech na twarzy, tym bardziej, że z czasem wszyscy się zmieniali, a ich charaktery ewoluowały. Jeśli kogoś nie dało się ścierpieć przy pierwszym zapoznaniu to z czasem stawał się kimś w porządku. Oczywiście działało to także w drugą stronę - ktoś w porządku, okazywał się totalnym dupkiem. Do moich ulubieńców zaliczają się następujące postaci:
*boski Hiramaru o którym wcześniej mówiłam. Jako desperat, pesymista i geniusz, który tworzy bo musi, ale tak naprawdę to nic mu się nie chce, jest moim guru, przede wszystkim w duecie z Yoshidą jako sadystą wplątującego go w same długi czy podsuwający mu haczyki, byleby tylko zaciągnąć go do roboty
*Niizuma Eiji - główny rywal Ashirogiego Muto, który swoją charyzmą przebija wszystkich. Trochę przypomina L-a swoją błyskotliwością a zarazem dziwacznością, ale za to go właśnie ludzie uwielbiają; był mocnym przeciwnikiem i cieszę się, że forma w jakiej rywalizował ze swoimi mentorami była typowo przyjacielska a nie przepełiona nienawiścią, bo wówczas na pewno bym go znielubiła
Do sympatycznych ludzi zaliczam także: Fukudę, który jest po części wykreowany na gangstera przez to taki buntowniczy oraz Hattoriego, edytora, który spisywał się na medal w krytycznych sytuacjach. Do mniej lubianych postaci zaliczam: Iwase za ten snobizm, Nakaia za wiadome zachowanie względem Aoki, oraz Miurę, który swoim humorem jakoś specjalnie mnie nie przekonywał. Z chęcią napisałabym również o pozostałych, ale zajęłoby to multum miejsca. Ogólnie to polubiłam wiele bohaterów za te swoje specyficzne nawyki czy zmiany, jakie w nich zachodziły.
Sam team Ashirogi Muto uznaję za doskonale wykreowany, dopełniający się w każdej dziedzinie i który pomimo wielu różnic potrafił się zgrać. Relację pomiędzy Mashiro a Takagim śledziło się przyjemnie i można się było do nich przywiązać emocjonalnie. Chwile słabości, smutku, radości, zwątpienia, czy odnoszonych sukcesów - to wszystko poruszało, a po trzech sezonach na pewno się o nich nie da zapomnieć.

GRAFIKA:

To, co idzie na plus to zabawa z kreską, która znacząco różni się od Death Note'a, ale w równym stopniu zachwyca. Tak jak w tym pierwszym mieliśmy bardzo realistyczny wygląd postaci, tak tutaj są one bardziej zmiękczone, ale wciąż wyglądają na ludzi i wszelkie proporcje są zachowane. Na uwagę zasługują szczegółowo rysowane tła, które czasem zawierają taką masę przedmiotów - przykładowo w pracowni albo w redakcji Shounen Jumpa - że nie zostaje mi nic innego jak podziw, że twórcom się chciało. A kiedy pomyślę sobie jak to musi wyglądać w mandze! Wohoho. Jakoś specjalnych zmian między sezonami nie dostrzegłam, no może między pierwszym sezonem a trzecim widać, że w pierwszym grafika jest mniej wyrazista i bardziej przyciemniona (ale to może przez playera na którym oglądałam, niekoniecznie wina studia!), zaś w trzecim to wszystko pała żywymi barwami (z tego wynika, że transformacja musi zachodzić w drugim). Jeśli chodzi o dynamikę, czy kadrowanie - nie przypominam sobie, żebym widziała jakieś niedociągnięcia czy rozmazania. Wiem jedynie, że zostałam uraczona wieloma pięknymi kadrami z różnych perspektyw.
Należy też napomknąć o czymś równie zjawiskowym - jak powszechnie wiadomo, każdy mangaka ma swój styl rysowania i... tak, właśnie do tego zmierzam, że każda manga tworzona przez inną postać różni się gatunkiem historii i kreską. Jak dla mnie jest to tak niesamowite, że aż zapierające dech w piersiach, że jak się zobaczy styl rysowania przykładowo Nakaia a Hiramaru - widać znaczącą różnicę. Co lepsze: Mashiro również się rozwija, a jego styl coraz bardziej dojrzewa z każdą narysowaną mangą. W Bakumanie dzieją się zaiste cudowne rzeczy!

MUZYKA:

Nie powinno być niespodzianką, że jestem jedną z tych osób, które pierwszy opening z Bakumana polubiły. Oczywiście nie w sposób: O Boże! Jak bardzo kocham ten opening, musicie go wysłuchać! Tylko spodobał mi się tak nawet, nawet. Nie zachwycił, nie nakłonił do słuchania na okrągło, ale coś było w tym pociągającym głosie, że jak już zaczynałam słuchać, to słuchałam do końca. Równe wrażenia wywołał Dream of Life, którego druga część (ta bardziej dynamiczna) uwiodła moje serce i kazała powtarzać to mocne zakończenie: Dream of Life! W trzecim sezonie jak dla mnie pierwszy opek nie istnieje, bo nie spodobał mi ani melodyjnie ani głosowo, ale za to Yume, yume, yume na początku drugiego op było bardzo klimatyczne i wczuwałam się w piosenkę. Jeśli chodzi o same endingi to żaden nie przykuwał jakoś specjalnie uwagi, ani nie sprawił, że chciałam wysłuchiwać go do końca. Jednakże! Miły w ponownym przesłuchaniu okazał się pierwszy, trzeci oraz czwarty - jakie to słodkie, gdy pokazują ich jako dzieci z podstawówki i ta alienacja Hiramaru <3!
Muzyka skomponowana na potrzeby anime jest przepełniona melodiami wesołymi, smutnymi, mrocznymi i takimi dającymi czadu. Kolejna różnorodność występująca w Bakumanie. Gdy przesłuchiwałam osty przy pisaniu recenzji zauważyłam, że przy każdej melodii potrafiłam dopasować mniej więcej jedną sytuację z anime, a to jest dla mnie bardzo znaczące, skoro muzyka najwyraźniej jest rozpoznawalna, unikalna i różniąca się od innych serii. Dodatkowo jak dla mnie geniuszem było stworzenie openingów czy endingów do mang bohaterów. Crow Niizumy, Hero Legends wujka Mashiro, Otter #11 Hiramaru, czy sami Reversi Ahirogiego Muto - wow, tego mogę słuchać w kółko.

OP1 -"Blue Bird" by Kobukuro

PODSUMOWANIE:

Bakuman to bardzo pouczające anime, motywujące do spełniania własnych marzeń i zachęcające do większej pewności siebie. Inne morały także można z niego wynieść, a jako shounen i komedia jest to anime, które emocjonuje, rozśmiesza i wciąga, bo wszyscy chcą zobaczyć happy end i moment, gdy Ashirogi Muto ucierają nosa Niizumie. Do tego można nazwać tę serię afrodyzjakiem dla otaku, którzy mogą wraz z Mashiro i Takagim pozachwycać się mangami. Tą oto długą recenzję, która wycisnęła ze mnie ducha i wszelkie siły, kończę słowami: obejrzyjcie Bakumana - warto.

OCENA:

Fabuła: 9
Bohaterowie: 10
Grafika: 8
Muzyka: 8
Ocena ogólna: 8+
Tylko 8+?!
Owszem, zasługuje ogólnie na więcej.

2 komentarze:

  1. Widziałam tylko wersję live action, która mi się bardzo podobała (i była krótka XD).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! Skoro mówisz, że ci się bardzo podobała to z chęcią zobaczę :3 Polecam także animowaną wersję na przyszłość, gdybyś chciała zobaczyć tę historię z innej strony ;)

      Usuń

Szablon wykonała prudence. Credits: x | x | x