wtorek, 7 marca 2017

[Recenzja anime] - ''Bakemonogatari''

TYTUŁ: Bakemonogatari
ROK: 2009-2010
STUDIO: Shaft
LICZBA ODCINKÓW: 15
GATUNEK: Supernatural, Tajemnice, Romans, Wampiry, Harem

OPIS SERII:

W przeszłości Araragi został ugryziony przez wampira, ale dzięki pomocy człowieka o imieniu Meme Oshino został z tego prawie 'wyleczony'. Teraz powinien wieść zwyczajne życie licealisty, gdzie jedynym zmartwieniem są klasówki, życie miłosne i plany na przyszłość... Powinien, ale wszystko się komplikuje przez jedno zdarzenie - w jego ramiona spada dziewczyna, Senjougahara Hitagi, która jest lekka. Tak lekka, jakby nic nie ważyła... Postanawia jej pomóc, bo w końcu sam cierpiał na dziwactwo, tylko... nie spodziewa się, że od tej pory napotka na swojej drodze sporo osób z mniej lub bardziej groźnymi dziwactwami, potrzebującymi pomocy.


FABUŁA:

Tak jak pisałam w Yare yare #1 do Bakemonogatari musiałam mieć dwa podejścia. Pierwsze - było nietrafne, ponieważ kilka lat temu dopiero zaczynałam przygodę z M&A, a japońskie bezwstydności po prostu przytłoczyły mnie w tej serii i sprawiły, że porzuciłam ją z myślą, że nigdy do tego nie wrócę. Ale wróciłam i oto mamy podejście drugie - moja tolerancja wzrosła, psychika uodporniła się na japońskie szokensy i jakoś tak naszła mnie ochota, żeby dokładniej obadać o co chodziło z Araragim i jego wampiryzmem, a żeby to odkryć muszę najpierw przebrnąć przez poszczególne sezony.
Pierwszy sezon ma piętnaście odcinków (bardzo nietypowo), przy czym jest podzielony na pięć części, skupiających się na poszczególnych problematycznych bohaterkach. Krab, ślimak, małpa, wąż i kot. Pięć dziwactw, z którymi nasz poczciwy Araragi musi/chce sobie z nimi poradzić przy pomocy egzorcysty? Oshino Meme. Ogólnie to, co zasługuje na uznanie to przede wszystkim sposób przedstawiania historii i to, że każda z nich po pewnym czasie zaczynała przenikać się z innymi. Mam na myśli to, że jeśli przebrnęliśmy przez problem kraba i ślimaka, to w następnych częściach dane bohaterki pojawiały się i w jakiś sposób urozmaicały oraz wpływały na dalszą fabułę. Cieszę się, że miało to formę jednej, ciągłej, logicznej opowieści, a nie podzielonych opowiastek, które nie miałyby ze sobą nic wspólnego. Prócz tego twórcy przybrali określony schemat pokazywania bohaterek i ich dziwactw, co ułatwiło ich zrozumienie. Najpierw przedstawienie bohaterki, następnie ukazanie jej spaczenia psychicznego, z jakim dziwactwem się boryka, skąd się wzięło i na czym polega, a potem zasięganie rad od Oshino i radzenie sobie z kłopotem, by w końcu dotrzeć do szczęśliwego zakończenia. Możliwe, że to mnie głównie gryzie w tej serii: fakt, że mimo krwawych scen, walających się flaków, momentów niepewności i mrocznego klimatu, każda bohaterka jakoś sobie radzi z dziwactwami i nie mamy żadnych dramatycznych zakończeń, żadnej niespodziewanej śmierci, wszystko rozwiązuje się z happy endem. Jestem ciekawa, co by się stało z Araragim, gdyby choć raz nie udało mu się kogoś uratować - czy załamałby się? czy popadłby w rozpacz? czy zmieniłby się jego sposób myślenia? Pytania do namysłu.
Co do samych spraw, banalnym stwierdzeniem będzie napisanie, że każda z nich metodycznie różni się od pozostałych. Jednakże łączy je głównie groteska. Absurdalna groteska polega tutaj na tym, że mamy początki opowieści, które są urocze, zabawne i takie kawaii, że aż rzyg, a następnie flaki latają po pokoju i jest pełno przemocy. No bo hej, nie ma to jak przejść od czegoś lekkiego, do nagłego obarczania widza ciężkimi, horrorystycznymi klimatami. Było to trochę gubiące i przytłaczające, bo najpierw śmiałam się z suchych intelektualnych żarcików, a później wybałuszałam oczy na widok pół martwych postaci. Taka psychodelia, idzie się przyzwyczaić po małpie, ale początkowo wprawiło mnie to w ogromne zmieszanie. Gdyby ktoś mnie zapytał, którą część uważam za najlepszą, a którą za najsłabszą, to odpowiedziałabym kolejno: najlepsza - kot, najsłabsza - wąż. Wiążę się to głównie z tym, że w kocie jest Hanekawa, którą jakoś potrafiłam tolerować (a uwierzcie różnie to tutaj bywa z żeńskimi bohaterkami), a jej dziwactwo i przyczyna jego pojawienia po raz wtóry wydała mi się intrygująca (no dobra, polubiłam jej kocią formę). Wąż był najsłabszy z tego względu, że po pierwsze miał tylko dwa odcinki, czyli historia postaci nie była, aż tak rozbudowana, a po drugie sama bohaterka ze swoim dziwactwem nie emocjonowała jak inne. Wydawała mi się po prostu nijaka. Dlatego też ustawiając od najciekawszych do najmniej lista prezentuje się tak: kot, małpa, krab, ślimak i wąż. Przyznaję, że wiążę się to nie tylko z samymi historiami, ale również z bohaterkami, które charaktery miały... cóż... o tym bliżej poniżej...
Prawdą jest, że Bakemonogatari jest anime przegadanym. Mnóstwo dialogów i monologów Araragiego. Sama nie mam nic przeciwko rozmowom, ale pierwszy raz spotkałam się w serii z tak ogromnym nagromadzeniem ciągłej konwersacji. Tutaj jakieś zabawy słowne, tam sarkazmy i ironie, a na główne danie rozkminy filozoficzne, którym trzeba przysłuchiwać się z niebywałym skupieniem. Było to coś nowego, odświeżającego, lecz czy taka forma japońskiej kreskówki przypadła mi do gustu? Średnio. Niektóre dialogi miały prosty przekaz, a owijali ją w taką bawełnę, że po jakimś czasie sama już nie wiedziałam o co im dokładnie chodzi. Oczywiście, te intelektualne dialogi są podstawą tej serii i w jakiś pokrętny sposób wychodzą naturalnie, ale w rzeczy samej było ich zbyt wiele. Za dużo! Próbowali powagę rozładować żarcikami, ale i tak czułam jak mi się mózg lasował.
Fabularnie niby wszystko trzyma się kupy, jako takich logicznych błędów nie wykryłam - ciężko coś wypatrzeć, kiedy ma się do czynienia ze zjawiskami nadnaturalnymi, dlatego o względnej niezniszczalności Araragiego nie wspominam jak i o innych łamaniach zasad fizyki i biologii. Po obejrzeniu piętnastu epizodów podziwiam anime za całokształt, za oryginalność wykonania, jednak muszę też przyznać, że podczas seansu zdarzyło się sporo chwil znużenia (głównie przez rozmowy, które czasem były niepotrzebne), a także jakichś głębszych uczuć seria nie wyzwoliła. Oglądało się te problemy nijako, bez emocji i jakiegokolwiek zaangażowania. Nie zdarzyło się, żebym zamartwiała się o kogokolwiek, ani też nie żywiłam płomiennych uczuć, które spowodowałyby, że uznałabym jakiegoś bohatera za ulubionego. Podsumowując: fabuła skonstruowana dobrze, oryginalnie i ciekawie, lecz z drugiej strony wywołała nijakie uczucia.

BOHATEROWIE:

To, co teraz napiszę, może wydać się sprzeczne z tym co pisałam wcześniej, a chodzi głównie o to, że niby oglądało się bez emocji (dotyczyło to fabuły), ale z drugiej strony wywołało sporą dawkę negatywnych uczuć (dotyczy bohaterów). Jestem przeciwniczką większości postaci tej serii! Irytowały, wkurzały i miało się ochotę trzasnąć je po łbie. Jestem świadoma, że anime jest w głównej mierze skierowane do mężczyzn, chociażby z tego względu, że problemy z dziwactwami mają tylko przedstawicielki płci żeńskiej (które nie stronią od pokazywania bielizny), a wybawcą ich jest przystojny, acz przeciętnie-niezwyczajny Araragi, który feromony rozsiewa, gdzie popadnie i który zarywa do każdej bohaterki bez względu na różnicę wieku. Harem jak się patrzy, ale haremem typowym nie jest. Dlaczego? Bo Araragi jest w związku z krabem, Senjougaharą, i z nią przeżywa romantyczne chwile. Zatem jest tutaj pseudo harem jak w Akatsuki no Yona! Wątek romantyczny jest koślawy i jak dla mnie tej relacji nie tworzy miłość, lecz szantaż (ci co widzieli, kojarzą, co Senjougahara powiedziała, że zrobi jak Araragi z nią zerwie, bądź zdradzi). Niby wyznają sobie uczucia, niby spędzają romantyczne chwile (bardzo rzadko), ale dla mnie jest to sztuczne i nie akceptuję tego.
Mimo to Bakemonogatari przede wszystkim powinno oglądać się pod względem miłości, ponieważ każda potwora doświadcza różnych odcieni tego uczucia, nie tylko romantycznie, ale także rodzinnie. To, że każda zaczyna czuć coś do protagonisty to inna sprawa...
Araragi jako główny heros całej tej sielanki jest chyba jedyną postacią, którą lubię (teraz to sobie uświadomiłam). Był wampirem, teraz jest niezniszczalnym megamocnym, który wszystkim pomaga, a inteligencją dorównuje bohaterkom. Chociaż różnie można odbierać jego kompleks bohatera, to dla mnie była to kwestia z jednej strony pozytywna, a z innej dość drażliwa, bo czasem mógł sobie odpuścić niektóre akcje i na przykład nie pomagać w ciemno komukolwiek. Senjougahara (krab) wygrała konkurs na najbardziej upierdliwą postać. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego twórca tak bardzo kocha tsundere, ale mnie ten typ strasznie denerwuje. Akceptuję gagi tsunderystyczne, ale same postaci - już mniej. I niestety Senjougahara jako wymuszone tsundere wkurza za każdym razem jak otworzy usta. Znienawidziłam ją od pierwszego odcinka, a moja pogarda do jej osoby wzrastała z każdym epizodem. Następna do odstrzału jest małolata Hachikuji (ślimak) i tak, jest słodka i zabawna, kiedy atakuje Araragiego, ale jej przejęzyczenia jego nazwiska, które stały się jej cechą charakterystyczną, zrobiły się dla mnie po pewnym czasie męczące. (I czy tylko ja uważam za chore, że on ją za każdym razem obmacuje?). Zboczona Kanbaru (małpa) walczyła z Senjougaharą o pierwsze miejsce upierdliwości, ale ominął ją ten zaszczyt, bo pod koniec nawet zaczęłam ją lubić. Czym mnie wkurzała? Fałszywością. Czym u mnie zyskała? Poczuciem humoru i jej rozmowy z Araragim jako jedyne wydały mi się śmieszne, szczególnie kiedy chodziło o podteksty. Poza tym przy jej części wielokrotnie byłam zaskakiwana, a klimat serii po raz pierwszy stał się mroczniejszy przy jej dziwactwie. Jeśli chodzi o Sengoku (wąż)... to opaczny kompleks braciszka działał chyba na korzyść, lecz swoją naiwnością i głupkowatością straciła w moich oczach i tak jak pisałam - jej wątek był nudny. No i Hanekawa (kot), która swoim 'wiem, tylko tyle, ile wiem', pomaganiem bohaterowi, pielęgnowaniem w sobie jedynego prawdziwego uczucia, w które mogłam uwierzyć oraz przemianie w zabójczego Neko, wygrała u mnie sympatię i tolerancję. (Tak, shipuję ją i Araragiego). Jak można zauważyć, główne postaci mają swoje cechy szczególne i można je zaszufladkować w znane animowe typy. Bardzo dobry zabieg, szkoda jedynie, że poczułam przede wszystkim niechęć, ale rozumiem, że twórcom o to chodziło. Nie o wywołanie w widzu niechęci, lecz przedstawienie mocno zarysowanych typów osobowości z wysoko rozwiniętą inteligencją i sztuką mówienia. Rozumiem, dlaczego Senjougahara musiała być wredną tsundere, rozumiem komizm zboczeństw Kanbaru, pojmuję kompleks braciszka Sengoku i zabawę słowną Hachikuji. Naprawdę rozumiem i szanuję, że twórcy stworzyli coś tak bystrego, co potrafi wzbudzić w widzu wiele przemyśleń. Pojmuję ich zabawę ze schematami i przekłucie ich w coś nowego. Jednakże dla mnie ten geniusz wypadł trochę blado i nie pomaga fakt, że postaci głównie irytowały.
Zapomniałam prawie o Oshino i Shinobu. Dwóch pobocznych postaciach, których historie nie zostały w pełni rozwinięte i dowiadujemy się o nich jedynie minimum. Szkoda, bo z chęcią dowiedziałabym się jak ścieżki Araragiego z Oshino się zetknęły, dlaczego postanowił mu pomóc i zostać w tej opuszczonej szkole. Moją ciekawość pobudziła też Shinobu, która zawsze gdzieś siedziała cicho i potulnie, nie wykazując żadnego zainteresowania sytuacją. Nie mogę się doczekać, żeby poznać jej losy.

GRAFIKA:

A teraz czas przejść do najbardziej chaotycznej sprawy, czyli wszystkiego związanego z obrazem w Bakemonogatari. Nie mam zarzutów do zbliżeń na postaci (ach, te dopracowane do perfekcji ecchi ujęcia), samego ich stylu rysowania, ani dynamicznych scen, które w przypadku małpy i kota powychodziły zgrabnie oraz ładnie. Ale! mam zastrzeżenia do elementów charakterystycznych dla tej serii, między innymi: rzucanie obrazów. Odcinki zawsze zaczynają się nakładającymi się na siebie obrazami z ogromną ilością tekstu, potem w trakcie oglądania można zauważyć, że co jakiś czas wyskakuje nagle czerwony/czarny ekran albo jakieś kadry z prawdziwego życia albo dziwaczne obrazki, które mają nawiązywać do rozmowy bohaterów. Ogólnie kadry strasznie szybko się na siebie nakładają, przez co byłam zmuszona do co chwilowego zatrzymywania epizodu, by wczytać się w tekst, bądź przyjrzeć rzuconej zilustrowanej dygresji. Było to bardzo problematyczne, psychodeliczne i dające po oczach. Tym bardziej, że kolorystyka anime jest jaskrawa i musiałam przyciemniać ekran, by spokojnie obejrzeć. Czy można się pogubić w tych kadrach? Jak najbardziej. Czy można uznać to za geniusz? Bez dwóch zdań. Ale tak jak mówię: przeszkadzało mi to, że byłam zmuszona do zatrzymywania lub przewijania playera. Sama animacja także jest specyficzna - dynamika przez większość czasu jest zaburzona. Postaci raz poruszają się normalnie, raz wchodzą w jakieś pętle, gdzie po prostu idą lub wykonują daną czynność w nienaturalny sposób (myślę, że niektórzy kojarzą mema z odchylaniem szyi do tyłu), zdarza się także, że mają ograniczone działania, ponieważ skupiają się na konwersacji, wówczas największy ruch skupiony jest na ich oczach i ustach. Zapewne większość nienaturalnych, teatralnych działań i ruchów można jakoś głębiej zinterpretować, ale to mnie przerosło. Nie wiem ile razy i jak długo musiałabym główkować nad poszczególnymi scenami by w pełni je zrozumieć.
Co do tła to również wykazuje się swoim dziwactwem. Jaskrawo, symetrycznie, sporo geometrii, pomieszczenia przypominają wyjęte kadry z jakiegoś chorego umysłu, przez co nadają klimatu makabry i pogłębiają groteskę. Ogólnie grafika nie jest idealna, ma swoje niedociągnięcia i ułomności, ale znowu muszę to przyznać: wyróżnia się na tle innych serii.

MUZYKA:

I kolejna psychodelia, tylko tym razem muzyczna. Anime ma bardzo charakterystyczną ścieżkę dźwiękową, a do tego zróżnicowaną. Od spokojnych, sielskich rytmów niczym z okruchów życia, przez dynamiczne, przepełnione akcją szybkie bębny, które można usłyszeć podczas walk, po mroczne, wywołujące dreszcze dźwięki, idealnie wpasowane w krytyczne sytuacje bohaterów. OST-y są wspaniałe, cudowne i wywołują specyficzne odczucia. Do najciekawszych, wyróżniających się i najbardziej klimatycznych zaliczam: Kannen, Gaidan Kousetsu, Shiniki (skojarzenia z Oshino), Hyouri, Ika, Kaisou, Fukidamari (psychodelicznie), Jinchiku (typowy okruch życia Bakemonogatari), Oumagatoki (mrocznie), Uzu (dziwnie) i Irobeko Neko (ach, te hinduskie rytmy). Jak widać sporo moich ulubieńców.
Warto także zwrócić uwagę, że twórcy każdą bohaterkę potraktowali wyjątkowo i sprezentowali im osobne openingi. Każdy charakterystyczny pod względem wykonania i tekstu. Fantastycznie zrobione, świetnie się ogląda i słucha każdy z nich, lecz gdybym miała wybierać najlepszy, to oczywiście - piąty, ostatni. Moją sympatię zyskał także ending, który odsłuchiwałam za każdym razem i ani razu mi się nie znudził.

OP1 - "staple stable" by Chiwa Saito
OP2 - "Kaerimichi" by Emiri Katou
OP3 - "ambivalent world" by Miyuki Sawashiro
OP4 - "Ren'ai Circulation" by Kana Hanazawa
OP5 - "Sugar Sweet Nightmare" by Yui Horie
ED - ''Kimi no Shiranai Monogatari" by supercell; performed by nagi (Gazelle)


PODSUMOWANIE:

Naprawdę ciężko oceniać mi Bakemonogatari, bo z jednej strony potrafię dostrzec wyjątkowość tej serii, to że wyróżnia się swoim oryginalnym wykonaniem, niebanalnym przekazem oraz polemiką z widzem, lecz z drugiej strony są mankamenty, głównie postaci które irytowały swoim zachowaniem, a prócz tego mówiąc metaforycznie: nie nawiązałam emocjonalnej więzi z anime i nie potrafię w pełni cieszyć się z tej wyjątkowości. Naprawdę doceniam pomysł i przedstawienie go w taki sposób, jednak nie jestem fanką. Nie kocham, ba, nawet nie lubię Bakemonogatari, ale podziwiam je za całokształt i prawdą jest, że obejrzę resztę sezonów, tylko po to, by dowiedzieć się jak potoczą się dalsze losy Araragiego (czyli ciekawość górą) oraz żeby porozmyślać nad kwestiami, które nurtują głównych bohaterów. Wiem, że recenzja wydaje się nierencenzjowata, bo moje stanowisko do tej serii jest dwojakie, ale to jest problem Bakemonogatari: ciężko je oceniać. Przy oglądaniu cierpiałam, po obejrzeniu - podziwiam. Czy polecam? Tak, jeśli interesuje Was coś nowego, oryginalnego, lubicie pseudo haremy i śliczne bohaterki, pasjonujecie się dziwactwami i nie boicie się chwil znużenia, to obejrzyjcie. Nie, jeśli szukacie czegoś nieskomplikowanego i bardziej emocjonującego, nie, jeśli nudzą Was pseudo mądrości, nie, jeśli nie macie cierpliwości do tsundere.

OCENA:

Fabuła: 5+
Bohaterowie: 6-
Grafika: 5
Muzyka: 9
Ocena ogólna: 5+

6 komentarzy:

  1. Ogólnie świetne jest to że to jest PIERWSZA wydana cześć ale NIE pierwsza CHRONOLOGICZNIE (dokładnie chyba 3 albo 4ta).
    Całe uniwersum jest mocno zaplątane-zakręcone.
    Przyjemna seria niestety dropłem jak umarł najlepszy bohater i mistrz oszustwa.

    Dziękuje za jak zwykle zacny gust autorki i solidny artykuł
    Krzysztof

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taa, nie wiedziałam od czego zacząć, a wszyscy radzili, żeby oglądać tak jak wychodziło, więc prequele Bakemonogatari trochę se poczekają... Ale nie żałuję, że od tego zaczęłam :D
      HM... Czy ja tu widzę spoiler? Obejrzałam już Nisemonogatari i jeśli chodzi o tego oszusta i że on umrze TO!... jakoś mnie to nie boli, bo za nim nie przepadam :>
      Jaka seria najbardziej ci się podobała? Masz swoją ulubioną bohaterkę?

      Usuń
  2. Chyba pierwszy raz spotkałam się z tak negatywną oceną Bakemonogatari :) Kolejny powód, żeby jednak wrócić i obejrzeć do końca. Trochę denerwuje mnie to wszechobecne zachwalanie niestandardowego kadrowania, montażu i latających plansz z tekstem, przecież podobne elementy, które stały się już wizytówką tego studia, wykorzystano wcześniej w Sayonara, Zetsubou Sensei, do tego chyba nawet z ciekawszym rezultatem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy aby na pewno negatywna...? Trudno nie doceniać Bakemonogatari, ale dla mnie to był średni seans w porównaniu do innych anime, które widziałam i które uwielbiam. Sayonara Zetsubou Sensei jeszcze nie oglądałam, więc nie wiedziałam, że tam też wykorzystano podobne kadrowanie :) (będę musiała nadrobić moje braki)

      Usuń
    2. Ogólnie SHAFT ma taki styl, dlatego każde z ich anime wygląda oryginalnie, jeśli je postawić koło produkcji innych, ale jeśli widziało się kilka serii SHAFTu, to już nie ma takiego zachwytu. SZS koniecznie trzeba nadrobić, pierwsze dwie serie są wspaniałe, czysty geniusz, ale trzeba do oglądania odpowiedniej dyspozycji psychicznej, dużej wiedzy o kulturze, historii i gospodarce Japonii, ogólnej wiedzy o animo i mango, a także wysokiej tolerancji na absurdy.

      Usuń
  3. Czuję się równie niezdecydowana jak do tej pory. Obejrzałam kiedyś (chyba też za wcześnie) trzy odcinki i o ile Araragiego polubiłam, to jednak cała ta dziwność serii nie za bardzo do mnie przemawiała. Wciąż stoję więc pod znakiem zapytania czy spróbować jeszcze raz, czy może jednak nie.

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała prudence. Credits: x | x | x