wtorek, 19 kwietnia 2016

[Recenzja mangi] - ''Yankee-kun to Megane-chan''

TYTUŁ: Yankee-kun to Megane-chan
TYTUŁ ALTERNATYWNY: Mr. Delinquent and Miss Glasses
AUTOR: Miki Yoshikawa
LATA: 2006-2011
LICZBA ROZDZIAŁÓW: 219
LICZBA TOMÓW: 23
GATUNEK: Akcja, Komedia, Romans, Szkolne, Shounen

OPIS SERII:

Bycie delikwentem ma swoje dobre i złe strony. Dobrymi są, że trzymasz fason wśród słabszych, wyróżniasz się stylowym wyglądem, jesteś megamocny fizycznie i zawsze skrywasz jakieś miękkie zalety za które na pewno cię wszyscy pokochają. Złą stroną są przede wszystkim bycie pod ostrzałem innych mocnych chuliganów, którzy za wszelką cenę chcą cię pokonać oraz to, że niekoniecznie zdołasz zrzucić plakietkę: ''Zawsze tego złego, groźnego i niebezpiecznego" i prowadzić względnie normalne życie. Dlatego lepiej dwa razy się zastanowić: czy lepiej pozostać anonimowym, grzecznym, zwyczajnym Kowalskim, czy siać spustoszenie, codziennie wpadać w bijatyki i ryzykować zdrowiem oraz życiem bliskich, by mieć siłę i renomę.
Shinagawa Daichi jest typowym delikwentem mającym wszystko i wszystkich gdzieś. Olewa kolegów z klasy, olewa nauczycieli, ma gdzieś szkolne wydarzenia oraz lekcje i najchętniej to siedziałby jedynie w swojej bazie, jaką jest ostatnia kabina w męskim kiblu - jego oaza, świątynia do której nikt się nie zbliża. A raczej nie zbliżał. Bo pewnego dnia, gdy siedział na sedesie i pluł na cały świat, z góry dobiegł głos. Ale to nie był Bóg, tylko dziewczyna w okularach i warkoczach, która patrzyła na niego z uśmiechem i proponowała, by wybrał się z klasą na wycieczkę. Bo ona chce. A skoro chce, to on też powinien. Kropka.


FABUŁA:

Ci co widzieli Yamadę-kun to 7-nin no Majo to na pewno kojarzą z tej serii ogromną dawkę dobrego humoru, nietypowy wątek romantyczny, ładną dynamiczną kreskę oraz historię, która zapada w pamięci, dzięki wyjątkowym postaciom. A! I jeszcze coś: głównego bohatera-delikwenta. I choć Yankee-kun powstał znacznie wcześniej i skończył się rok przed wydaniem pierwszych rozdziałów Yamady-kuna, to widać, że obie serie są do siebie bardzo - bardzo! - podobne. Nie wiem, czy autorka chciała powtórzyć sukces Yankee-kuna, czy nie miała pomysłów na nic nowego, ale ważne w tej chwili jest to, że Pan Delikwent i Okularniczka byli pierwsi, a podobne elementy w Yamadzie nie mają teraz znaczenia.
Początkowo poznajemy wydarzenia związane z Shinagawą i Adachi, czyli ich powolne i często bolesne umacnianie więzi, wspólne zmaganie się z innymi delikwentami oraz stawianie czoła zwykłym szkolnym codziennościom, które dla dziewczyny są bardzo cenne. Dlaczego? Bo sama była kiedyś panią na D i nie miała szans na swobodne przeżywanie swojej młodości. Z dalszymi rozdziałami do naszej dwójki dołącza coraz więcej osób - potencjalnych delikwentów, którzy wnoszą do historii coraz więcej szaleństwa. Jeśli miałabym uogólnić to wszystko co się dzieje w mandze, to powiedziałabym, że priorytetowo skupiamy się na perypetiach delikwentów oraz chuliganów wszelkiego rodzaju i ich codziennego zmagania się z rzeczywistością. Sam pomysł i jego realizacja w mniej więcej pierwszej setce rozdziałów była cudowna. Czytałam krótkie rozdzialiki (po 20 stron), śmiałam się wniebogłosy z tekstów rzucanych przez Adachi i innych oraz przekomicznych sytuacji, strasznie się przywiązałam do bohaterów i brnęłam przez fabułę byleby więcej wiedzieć i więcej z nimi przeżywać. Dzięki temu, że Adachi pragnęła przeżyć swoje szkolne życie w zwyczajny sposób, mieliśmy dokładny wgląd w szkolne realia, czy to wycieczki, wybory do samorządu, pisanie egzaminów, wakacje, ferie świąteczne... To wszystko fantastycznie się sprawdziło i zapewniło ubaw. Szczególnie wątek z kandydowaniem do samorządu i późniejsze konsekwencje dla wygranych. Samo życie delikwentów i związane z tym bójki były obecne w sporej ilości, ale wydawało mi się, że nie grały głównej roli. Owszem, miały jakiś wpływ na zacieśnianie więzi i pogłębianie przyjaźni, ale bardziej znaczące były szkolne sprawunki.
Wartości takie jak przyjaźń czy zmaganie się ze swoimi słabościami przypominały mi trochę Fairy Tail. Głównie dlatego, że odgrywały tutaj kluczowe role i spełniły swój obowiązek, bo czytelnik uwierzył i poczuł bijącą z nich szczerość. Wątek romantyczny od pierwszych stron był oczywisty, rozwijał się w swoim tempie - trochę przygłupawym, ale więcej nie oczekiwałam po tej mandze - a zakończył się słabo. Po prostu: słabo. Przez to, że nie było żadnych typowych miłosnych poczynań, takich jak randkowanie, skradzione pocałunki itd. itp. to nie nazwałabym Yankee-kuna romansem. Prędzej parodią romansu! Poza tym powaliło mnie to, że autorka postanowiła iść w myśl przewodnią: każda nowo spotkana dziewczyna powinna zakochać się w Shinagawie! Super, pierwsze dwie laski zauroczone jego dobrocią mogłam przeżyć, ale kiedy później nagromadziło się ich z... dziesięć?! No, kurde nie.
Jeśli chodzi o same toczenie się fabuły to można ją określić jako: igranie ze schematami. Niby są wątki charakterystyczne dla gatunków szkolne i romans, ale zawsze są parodiowane przez Adachi, co powoduje zupełnie nowe, oryginalne, wręcz szalone przedstawienie tej historii. Niby nic nowego, ale zawsze coś nieprzewidywalnego i w jakiś jednak sposób: oryginalnego. Uwielbiam za to panią Yoshikawę - za tą dziwną historię i humor. Genialny humor!
Niestety nie jest tak, że manga w każdym calu jest zjawiskowa. Mnie podirytowało wpierw oblężenie miłosne wokół bohatera, a później zostawianie coraz większej ilości niedopowiedzeń związanych głównie z Adachi. Niektóre wątki zostawały urywane i nigdy do nich nie wracaliśmy, a zakończenie... Cóż, jestem osobą, która kocha w przeróżnych seriach zakończenia pokazujące przyszłość bohaterów, ale w tym przypadku po części się zawiodłam. A to wszystko przez pokierowanie losami Adachi. Całkowicie niesatysfakcjonujące zagranie autorki. Prawie tak, jakby nie wiedziała jak skończyć, więc odwaliła takie byle co. Głupie byle co!

BOHATEROWIE:

Szacun za wykombinowanie, żeby postaci miały nazwiska jak japońskie dworce - Shinagawa, Himeji, Chiba... Niby nic takiego, ale jednak dodaje to osobliwego smaczku, kiedy się odkryje taką ciekawostkę. Jak można było się spodziewać po tak sporej rozdziałowo mandze otrzymujemy w pełni rozwinięte charaktery bohaterów oraz ich przeszłości, dzięki czemu czytelnik bardziej ich lubi i później wspomina z nostalgią. Ubóstwiam całą piątkę od beztroskiej, głupiej Adachi, agresywnej niczym tygrysica Himeji, przez strasznie wyglądającego Chibę, słodkiego awanturnika Izumiego i do naiwnego bosa, Shinagawy. Z każdym nowym zdobytym doświadczeniem zmieniali się wewnętrznie, dorastali, odkrywali prawdziwe wartości i stawiali czoła swoim demonom przeszłości. Jak można się również domyślić: nasi delikwenci nigdy nie byli do końca delikwentami z prawdziwego zdarzenia - kiedy zdarzały się jakieś niesprzyjające okoliczności, które wymuszały na nich agresywne zachowania, to tak naprawdę zawsze czaiło się za tym jakieś ważkie wytłumaczenie, usprawiedliwiające ich czyny. Fajnie, że Yoshikawa dosłownie poszła w powiedzenie: ''Nie szaty zdobią człowieka", czy ''Nie oceniaj książki po okładce'' - większość bohaterów zawsze okazywała się kimś innym niż w rzeczywistości i to bardzo mi się przypodobało.
Zaś to co właściwie strasznie mnie zirytowało to to, że: super, wiemy wszystko o wszystkich, ale dlaczego nigdy nie możemy zobaczyć faktów związanych z Adachi? Dlaczego nie spróbować pomóc jej z problemami, skoro miała najpoważniejsze? Czemu nikt z jej przyjaciół nie zainteresował się jej przypadkiem? I dlaczego była na tyle głupia, żeby skończyć tak beznadziejnie?

GRAFIKA:

Ta kreska! Boże, jak ja ją uwielbiam! Niby prosta, bez żadnych skomplikowanych rysunków tła, czy postaci, ale mająca swój charakterek. Wszystko mocno nakreślone, emocje na twarzkach zachowane, proporcje ciała nie rozjechane. Do tego z każdym tomem zachodzi jakaś ewolucja w stylu i wszystko staje się coraz ładniejsze i ładniejsze... Prócz tekstów rzucanych przez bohaterów, śmieszków zapewniają także mimiczne odzwierciedlenia emocji. W szczególności ukazywanie zaskoczeń, gniewu czy absurdów. Nie powiem, żeby nie było to BARDZO podobne do Fairy Taila... Słabością tej serii są przede wszystkim niedopracowane tła, czasem ich brak i upraszczanie, oraz słabe pokazanie walk wręcz. A przecież było ich mnóstwo i każda wyglądała prawie tak samo.
Kolejną ciekawostką, która przypadła mi do gustu, to rysunki Shinagawy i Adachi na okładkach w wykonaniu innych mangaków (między innymi Hiro Mashimy). Oczywiście nie te okładki, które widać na pierwszy rzut oka, ale te drugie, rysowane bezpośrednio na tomikach.


PODSUMOWANIE:

Yankee-kun jest bardzo przyjemną w czytaniu mangą, która stawia priorytetowo na rozśmieszanie czytelnika. Jest wiele wątków rozwijanych w ciekawym tempie, niejednokrotnie jesteśmy zaskakiwani, absurdy działają tutaj na korzyść, a bohaterowie są w każdym stopniu dopracowani. Niestety przez byle jakie zakończenie oraz poprowadzenie historii Adachi tak, a nie inaczej, sprawiło, że musiałam ogólnie obniżyć ocenę. Jednakże ze szczerym sercem mogę polecić każdemu tą zabawną i poniekąd oryginalną historyjkę.

OCENA:

Fabuła: 8
Bohaterowie: 8
Grafika: 9
Ocena ogólna: 7

6 komentarzy:

  1. Od czasu do czasu poczytuję Yamadę więc od razu rozpoznałam tę kreskę. :D Ta manga też zapowiada się całkiem nieźle i chętnie bym na nią zerknęła, ale myślę, że na razie skupię się na Yamadzie, zwłaszcza że już i tak mam spore zaległości. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja planuję poczytać sobie Yamadę jak w całości wyjdzie na Internetach - nie lubię czytać mang na bieżąco i czekać na rozdziały >< wolę wszystko na raz pochłonąć :3

      Usuń
  2. To mi przypomina, że miałam obejrzeć dramową wersję :D!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A! Właśnie. Też będę musiała XD A mangę czytałaś?

      Usuń
  3. Mam to na liście do przeczytania już od pewnego czasu, jak w sumie większośc mang... Dla mnie delikwenci kojarzą się jedynie z Beelzebubem :D Ale tak cudnej mangi z PRZEMOCĄ już chyba nie uda mi się znaleźć.
    Brrr, proszę mi nie przypominać Fairy Tail, gdzie każdą przeciwność bohaterowie pokonują swoją nakama power.
    O nie, to będzie harem? ;_;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też bym poczytała jakąś mangę z PRZEMOCĄ a la Beelzebub, ale ciężko znaleźć >< (chociaż coś mi świta, jakiś tytuł...) W każdym razie nie licz na to że Yankee kun zadowoli twoje żądze przemocy i bijatyk - są po prostu słabe.
      Kreska jest podobna do Fairy Taila, ale fabuła już nie bardzo :D
      Jako że są tam DZIWACTWA to myślę, że może ci się spodobac, więc czytnij sobie i zobacz co i jak ;)
      Tak, poniekąd można uważać głównego bohatera za osobę haremową, ale to nie jest tu najważniejsze.

      Usuń

Szablon wykonała prudence. Credits: x | x | x